potrzeba istnienia coraz slabsza.
gdy znowu pojawiaja sie odsuniete przeze mnie niegdys wszelkie emocje, nie jestem w stanie zrozumiec samego siebie. niby wszystko wiem, niby rozumiem, niby sobie interpretuje. z pozycji psychologa umiem się. ale nic to, na nic to, gdy nie umiem nawet szukac w ludziach oparcia. nie wierze, nie ufam, mam sklonnosci paranoidalne. a nawet jak ufam, to nie chce mi sie, bo co nowego moge uslyszec. wszystko rozumiem przeciez. poza tym nie chce do tego wracac, przeciez to boli. przeciez mowiac o tym, czuje sie to i przezywa na nowo. powinienem isc dalej. tylko skąd mapa?
nie wiem czy powinienem rozmawiac z moja byłą, nie wiem czy to może pomóc, czy to może zdystansować do nienawiści.

to ja sie z nia rozstalem, to ja zaluje ze tak pozno, to ja zaluje, ze na tyle jej pozwolilem. to ja zaluje, ze tak ja kochalem. ostatnio czytalem nasze smsy, jedyne chyba pisemne swiadectwo mogace namiastkowo odzwierciedlic to jak sie czulismy. czytalem, nie mogac zrozumiec JAK MOGŁEM. jak mogłem tak ja kochac. swiadome czy nie, ale owszem jej manipulacje, techniki, neurolingwistyczne programowanie, kotwiczenie, ach, och. bylem jej osobistym zbawca, ratujac jej swiat czulem, ze ratuje caly. czulem sie taki potrzebny. myslalem, ludzilem sie, ze dajac jej milosc wylecze jej bol po tym jak zostawil ja ojciec. jej borderline personality disorder wygral ze mna. ciagle przechodzenie od skrajnej milosci do skrajnej nienawisci. czytalem jak postepowac, wszystko chcialem wiedziec, dawalem jej skrajnie silne poczucie bezpieczenstwa. uzaleznila sie ode mnie. od mojej obecnosci. nie mialem swojego zycia. jechalem do rodziny na weekend i cierpialem przez bol jaki wtedy czula i przelewala na mnie w slowach pelnych zlosci, agresji, majacych zatuszowac jej smutek. znienawidzilem telefony. tyle bolu, tyle niezagojonych ran po sobie zostawila.

jest mi smutno. jest mi zle. normalnie pojsc i posluchac dennych kulkidsów, zaczac palic, zaczac pic, nalogowo przeklinac. bo ambicje i cele trzeba miec.
czy szczescie jest az tak nieosiagalne?
czemu gdy tylko probuje sie je zlapac, to ono chce sie podstepnie wymknac, nie trzaskajac nawet drzwiami? czemu jest tak malo wyrozumiale? czemu ja nie mam sil gonic szczescia?

kiedy piszesz w durnym opisie na gg, ze nigdy nie dostaniesz wielkiej milosci, chce mi sie plakac. ogarnia mnie prawdziwie niemęski w swojej męskosci smutek, budujacy jedynie poczucie beznadziejnosci. chce mi sie plakac i wkurwiam sie, ze mialas czelnosc tu trafic, ze wiesz to wszystko, ze po co, ze dlaczego mysle. ze zalewasz sie watpliwosciami zamiast poddac sie chociaz-i-az-temu-co-jest.
nie chce od znowu euforii wczoraj do znowu depresji dzisiaj. jesli nie umiesz cieszyc sie tym co jest, jesli wciaz niezadowolona wciaz wymagasz, wciaz powtarzasz ‚no powiedz’, wciaz uciekasz, potem wracasz i proponujesz zebysmy sie polozyli, kladziesz sie kolo mnie, tak ze nie widze nic na swiecie poza toba, tak ze wreszcie nie mysle o tym co zle i niedobre, tak ze potrafie czuc radosc i szczescie, tak ze dobrze mi blisko ciebie, i to wszystko tylko po to zeby na nastepny dzien zalac sie watpliwosciami. i jesli ty to wszystko, to ja ci mowie, ze to boli.
nienawidze teraz slow.