polamalem sobie kosc piętową, dzieki temu troche inaczej patrze na zycie. jest fajnie. rzucam palenie. ani jednego od pieciu dni. polecam plastry nikotynowe, powoli zmniejszam dawkę.
staram się jeść regularnie. spać regularnie. jak się podgoję zacznę chodzić na basen. dzisiaj zagłosowałem na Tuska. pewnie ze względu na wzgląd, że nie wyobrażam sobie naszego kraju reprezentowanego przez Kaczora, albo pozostałych idiotycznych figurantów, kandydujących na urząd prezia.
notkę piszę z ogródka, jest słonecznie, baterie trzymają, bluetooth działa. czego chcieć więcej? szkoda tylko, że robi się coraz chłodniej.
wydaje mi się, że wychodzę z marazmu. dlatego wydaje, ponieważ na początku poprzedniego roku akademickiego było to samo. ogromne chęci, pełno zapału do życia, do nauki. na horyzoncie pojawiła się jednak miłość i wszystko pokrzyżowała. brzmi paradoksalnie, bo tak też teraz to widzę.
sytuacja się powtarza, znowu wspaniała kobieta na horyzoncie. zacząłem ją nawet idealizować, czego od dawna się wystrzegałem.
życ swoim poukładanym, i wreszcie regularnym życiem, czy znów ryzykować i narażać się na niepotrzebne koszta emocjonalne, spotykać się, zauroczyć, dotykać, przytulać, słuchać jej wspaniałego głosu, podziwiać jej uśmiech i spojrzenie, drążące mnie gdzieś tam głeboko, tak jak dawno już nigdy nic…
poczekam. nie chcę znowu kobiety, tak szybko, tak bardzo przy mnie. na miłość jestem za słaby, a wakacyjne podboje mi się przejadły. idę robić swoje. czy będę konsekwentny? ;)