inteligent blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2004

niewolnik.

6 komentarzy

Boję się śmierci. Widzę obrazek mnie starego, siedzącego w bujanym fotelu przed telewizorem, kapcie, gazeta i pies na kolanach. Boję się. Jednak lubię taki strach, bo jest to strach z rodzaju odczuwanego przed skokiem spadochronowym. Strach i ciekawosc zarazem. Chęć wyskoczenia i zobaczenia co będzie dalej, przeżycia niepowtarzalnej przygody, wymieszana ze strachem przed cudownymi doznaniami. Boję się jednak, że potem nie ma nic.

Żyjąc sobie z dnia na dzien, zjadając codziennie cudowne kanapeczki z przeróżnymi smakowitościami i popijając je wodą z cytryną nagle umieram. Znikam. Pstryk! I nie ma. Kończę swą marną egzystencję. Nie zauwazam nawet kiedy. Nie chcialbym tylko umrzeć w jakimś wypadku, że musiałbym leżeć połamany kilka godzin czy dni, ostatecznie i tak umierając. A zaznaczyc trzeba, ze ekstremistą jestem. Tykam się często takich rzeczy, które uznaje się za niebezpieczne. Można by tu wymieniać: szybka jazda samochodem, jazda skuterem miejskim na wielkie trasy (np. pokonywanie sześciuset kilometrow krajowej siódemki z predkoscia 60km/h), spadochroniarstwo, nurkowanie, narciarstwo, chodzenie do szkoły… I to wszystko to za mało. Przynajmniej teraz, zimą. Z latem związana jest większość moich pasji, sposobów na zabicie czasu, albo mówiąc właściwiej: sposobów na wykorzystanie go tak, aby nie żałować w wieku 60 lat, że nie wykorzystałem życia dostatecznie.
Bo co można właściwie robić zimą? Narty to również sprawa odległa, bo trzeba tu ferii, funduszy i towarzystwa z funduszami i chęciami na jakiś wypad. Siedzę więc tak w domu, dogrzewam się dodatkowo konwektorem elektrycznym, a odległości między fotelem, komputerem, kuchnią i toaletą pokonuję powolnym krokiem, ubrany w pidżamę i kapcie. Siadam tutaj i piszę coś, co będę chciał wnukom pokazać, coś co chcę ludziom pokazać, żeby zobaczyli, ujrzeli we mnie wreszcie coś fajnego, nie wykorzystywali. Docenili to i nie wykorzystywali, mając do wykorzystywania możliwości i czasami nawet moje poparcie. Polecam wam film „101 Reykjavik”. Zimą czuję się odrobinę jak głowny bohater, życie jego pozornie puste: godziny spędzone w knajpach na piciu piwa i poszukiwaniu kontaktu z ludźmi, niechęć do robienia czegokolwiek, do podjęcia pracy, niechęć do odpowiedzialności, a za tym wszystkim kryje się ból egzystencji, plus na dokładkę mamy dziecko głównego bohatera w drodze. Wracając do mnie: najgorsze, że odrzuciłem obecnie nawet podróże barowe, w czasie których to zwykłem odkrywać swoje głębokie, piękne ja, przed nie rozumiejącą mnie publicznością. Albo udawać zainteresowanie opowieściami o zepsutym samochodzie, czy pięćdziesięcioletnim wujku kolegi -Edku, który upił się na kolegi rodzinnej imprezie do nieprzytomności, oferując przy wszystkich ‚mały, niewinny gwałt’ kuzynce kolegi, dwudziestoletniej studentce z kurwikami w oczach. Poza tym zima jest wypełniona nicością. Może, jeśli uważałbym oceny w szkole za ważne, za warte starania się o nie, to miałbym jakiś cel w tej trywialnej nicości. A tak jest tylko ona – nicość. Chyba trzeba mi kopa. Kobiety mi trzeba. Ale jak myślę o takiej jednej, co próbuje się pojawić, wpycha mi się w życie, to mam dość. I jeszcze miałbym się pedofilem stać. Pogięło tych ludzi już.

już 10 dni bez używek… było.

a jutro studniówka.

za notkę. za tę notkę przepraszam. ale czuję się tu jak u siebie, jak w swoim umyśle. ja was wpuszczam. czerpię z tego radość. dzięki, że jesteście, kimkolwiek byście nie byli. i zdejmijcie buty… proszę :)

Byłem. Chciałem tańczyć. Tak mi było dobrze, że aż mi niektózy zazdrościli. A najgorsze było, że cała impreza spoglądała na mój kapelusz, taki z safari, mój t-shirt w plamach o barwach moro – plamach, ktore po blizszym przyjżeniu się okazują się kobietami – kobietami w różnych barwach, tworzącymi klasyczne wojskowe moro typu green, do lasu takie. I na moją koszulę, jakby beżową, starannie wyprasowaną, z takimi nieregularnymi wzorkami na lewym przodzie, tak od piersi w dół taki obszar okolo 8×35 cm zaszyty nićmi w zygzaki. Do tego spodnie bezowe fajne z kieszaniami po bokach, ale ladnie uprasowane pieknie, takie spodnie jak takie luźne widzi się czasem w filmach o pięknych, młodych i bogatych, takie z lnu jakby. Taka willa, basen, słońce i spodnie z lnu. I lokaj i white russian. Ojej, przesadzilem. Takie mlodzieżowe troche. No i z bawełny rzecz jasna. I prasowałem je na parze, z czego dumny jestem, bo nic tak nie prasuje jak żelazko z funkcją ? parowania. No i te moje czerwone buty do tego oczywiście.
No i oni wszyscy wgapiali się we mnie, wpatrywali jak w dzieło sztuki, albo jakiegoś dziwoląga, wgapiali się faceci, wgapiali z zawiścią w oczach, z zazdrością, czasami udawanym pozytywnym nastawienien i wszystko było takie sztuczne, a ludzie brutalni w swych spojrzeniach z tymi swoimi mordami. Wszyscy w koszulach, na elegancko stylizacja – udają porządnych, ale chleją, leją i kurwią się jak najgorsi. Przychodzi ta baba z wielkimi. Obraca się pare razy dookoła własnej osi, szczerząc swoje cycki, takie duże, jakby krowie ukradła, zresztą cała taka tłusta była jak krowa. I zaraz mi zwraca uwagę S. i mówi -Widziałeś to? – Patrzę więc, spoglądam, szukam, poszukuję, nie znajduję i patrzę. O! Kurestwo! Kurestwo na widoku. Czyż to nie kurewskie takie kurestwo? I ci faceci jak takie sterowane samolociki, jakieś zaprogramowane gówna, żeby wyleciec, kiedy im zwieracze poszerzymy, tak wszyscy ci faceci na te jej cycki, na te jej szczerzące się do wszystkich cycki i zęby i oczy szczerzące. Cała się szczerzyła. Jej szczerząca się cipa. Czekała tylko na jakiegoś kutasa, który ją wypełni. Czekała może jeszcze na nie wiem, zapłate może? Kto to wie co za kurestwo to było, może kurestwo w pełni. To takie nie darmowe. Tak jak przychodzi do mnie niby znajomy i się pyta co tam, gadka szmatka, w końcu przechodzi do sedna: -Nie dałoby się, nie byłoby jakiejś roboty dla mnie może? Cokolwiek kiedykolwiek. – Coooo? :( No to ja wkurwiony, że gość udaje coś, udaje, pierdoli, mówi opowiada, że jestem zajebisty, próbuje wmówić to swoimi argumentami zarówno mnie jak i sobie chyba. Ale mu nie wychodzi, w obu przypadkach. Może i dobrze. Przynajmniej mam o czym teraz pisać. Kurwa nie. A ktoś cały czas orze sobie to pole i mu do szczęścia wystarczą dobre ziemniaki na stole i jakiś kawał mięsa ewentualnie. A ja to bym chciał świece, dużo świec, kobietę. Kobietę najpiękniejszą, damę, wyglądającą pięknie. Bez nawet makijażu. Chyba, że jakiś taki naprawdę minimalny fajny, oczy ewentualnie albo coś. I ona by na mnie spojrzała, patrzała, ja bym mówił, ona by mowiła inaczej, ja bym się cieszył. Ona by napędzała mnie. Ona zaczęłaby mówić i wszystko stałoby się piękniejsze. No więc te świece, kobietę, mrok jakiś taki, czerwonizm panujący w powietrzu. Nastrój, coś, kadzidełko, wiele takich, cokolwiek, wszystko to co najpiękniejsze bym chciał. Chciałbym to zrobić tak dla niej i dla siebie. Po równo. Nie tak, że dla siebie, bo jej i tak tylko o jedno chodzi, jej nie zalezy czy cos. Musi byc po rowno. Jeju, taką znaleźć. I tak siedzą – nic nie robią, siedzą, rozkoszują się, bo się ustawili i nie muszą zapierdalać i zadręczać swoich myśli trywialnością – walką z codziennością. Walką, która z kolei musi tą codzienność utrzymać przy życiu, codzienność, która jest paradoksem, bo zabija nas, zabija w nas głębię, a jednocześnie pozwala przetrwać. Człowiek bez trywialności, bez codzienności byłby lepszy. Utopia, owszem. Perspektywa jednakże iście marzycielska, z głową w chumrach, ideały żyją. Nie dajmy im umrzeć. Tylko dzięki takim ludziom jak my – ludziom z ideałami – ten świat nie stoczy się kompletnie. Choćby nie wiem jak popierdolonymi (ideałami i ludźmi).

Dziękuję. Dziękuję, za to co napisałem, dziękuję, bo dało mi to prawie godzinę rozkoszy. Godzinę rozkoszy, godzinę stymulacji mózgu, stymulacji moich ulubionych sfer. Moich ulubionych, najwrażliwszych w moim mózgu partii. Tak się kochają. A jednocześnie je zabijam, przez te wszystkie używki. Alkohol zabija, wszystko zabija. I tak kiedyś umrę. A czy wspomaganie się używkami dla przyjemności tworzenia to coś złego? Może w czasie tego pisania zdążę nadrobić tą stratę, która powstała przez zabójcę neuronów – alkohol? Tak sobie wmawiać. Zdrowo. Ile ja muszę sobie wmawiać? Czy całe życie będę wmawiał sobie, że nie jestem nic. Że znaczę coś w tym całym kurestwie. Kolega od wódki i radiohead – MiKo – ma Gosię. On jest szczęśliwy. Jak ja mu zazdroszczę. Ja też chcę znaleźć swoją Gosię. Dlaczego ja nie dostałem jeszcze swojej? Czy będzie przez to lepsza, bo dłużej oczekiwana? No i znowu wmawiam sobie coś. Czy jestem optymistą, czy to tylko dobra mina do złej gry, której nauczyłą mnie mama i która się dzisiaj – niestety – przydaje.
alt+s wciskam, jakbym pisał do kogoś na gg. Tak nieskładnie, bezładnie, milionowa z kolei masłowska. Kolejna nieudana podróbka, pretendująca do miana pokarmu intelektualnego dla mas. Do miana wibratora umysłu pretendująca. Żeby wam wszystkim po orgaźmie ‚pierdolnąć’. Ja chcę tylko dobra. Ja naprawdę chce dobra. Czy Hitler może też tak mówił? Czy mówią tak biedni, którzy kradną, żeby przeżyć? Czy mówi tak diler narkotyków, sprzedający ‚szczęście’? Czy mówią tak wszyscy, muszą mówić tyle nieprawdy? O co tu wszystko chodzi na tym syfie. I dlaczego jest tyle brudu, tyle zła, zawiści. Czy nie moglibyśmy dojść szybciej do sensownej cywilizacji, czy nie mógłbym żyć później? Jezcze później? A może byłoby jeszcze więcej syfu, może nie byłoby już nic, a ja trwać musiałbym zamknięty we własnej podświadomości może i do jakiegoś spotnia świadomej, bez kilku kawałków mózgu, odpowiedzialnych za mowę, ruch, i wszelki inny kontakt ze światem zewnętrznym. I trwałbym tak przez lat 120, bo w nowoczesnym środowisku, lepszym, nowocześniejszym, syntetycznym identycznym z naturalnym barwnikiem do powietrza, który pozwala zyć dłużej i zdrowy jest, genetycznie modyfikowany. Bo po co się ruszać, jak szkoda na to energii i zużywających się części ciała. Najlepiej się podłączyć i przeżywać wszystko wewnątrz mózgu tworząc projekcję. Albo póki co w goglach tych, co po nich bolą oczy. Ale wkrótce już nie będą bolały, bo nie będą potrzebne. Po co zwykłe, nudne obrazy z oczu, skoro można nerwy, wychodzące z mózgu, trafiające do oczu, podłączyć je do komputera. Wypierdolić oczy w kosmos. A może umrę na raka. Na raka płuc, albo jakiegoś innego. Rak gardła. Jest coś takiego? Na pewno. Musi być. Jest rak wszystkiego chyba. A rak układu krwionośnego? Nie ma czegoś takiego, są zatory rózne tylko chyba. A zresztą skąd ja mam to wiedzieć, powinni to wiedzieć coraz głupsi lekarze, którzy zapisują tylko coraz to mądrzejsze i lepsze leki. Lepsze moze i nawet i nie. W sumie… nie jest jeszcze tak źle. Czy z tego mam się cieszyć, że może być gorzej? Że będzie gorzej? Z tego się cieszyć mam? Ze będę stary i będę szukał sobie hobby, zajęcia, na drutach będę robił, albo ksiązki czytał, bo nie będę miał co robić z wolnym czasem, albo zwyczajnie nie będzie mnie na hobby stać.Nawet na wełnę jakąś tanią, syntetyczną, masowo produkowaną, dostępną w paczkach po 1kg za 0,99 euro – wspólnej waluty. Pieniądza, który pogrążył i zaprzepaścił miliony, zepsuł miliony i nigdy nie oddał tego, co zabrał.

Ale o czym to ja chciałem właściwie pisać?

motto moje póki co: wolę orgazmy intelektualne. nie są takie zobowiązujące.

Urodziny miałem. Dziewiętnaste. Wolę słownie, bo liczba napawa mnie przerażeniem. Jakoś tak wydaje mi się, że doszedłem do momentu, w którym chcę się zatrzymać. Trwać w tej beztrosce, bez zbędnych odpowiedzialności, racjonalnie dzielić się pomiędzy rozwój intelektualny, a naukę w szkole, tej ostatniej poświęcając najmniej czasu.

Przed urodzinami był sylwester i wreszcie się skończył. Załuję, że nic nie piłem. Za dużo me oczy widziały… po raz kolejny. Jakiś splot miłosny ludzi, którzy parę godzin temu jeszcze się nie znali, jakieś oznaki wywyższania się moich przyjaciół (!) ponad resztę towarzystwa. Nie dali owej reszcie nawet szansy, zwyczajnie ich skreślili i prowadzili dyskusję we własnym gronie. Doszło potem do jakiejś bezsensownej kłótni i atmosferze sylwestrowej zabawy dużo brakowało do pozytywnej. Nawet dla mnie – wyjątkowo stojącego z boku tego całego kurestwa.

Może ja jeszcze nie umiem żyć? Napewno jeszcze nie umiem. Chwytam się wszystkiego po trochu, nie mając ochoty na absolutne zgłębienie danego tematu. Czyżby wszystkie tematy, zajęcia, pasje, hobby, które mnie interesowały, z czasem zmalały i stały się trywialne? Czy na tym polega rozumowanie ludzkie, czy człowiek opanowując jakąś dziedzinę w pełni, nie może się już nią pasjonować? Chyba tak jest i chyba takie jest nasze życie. Całe szczęście, że jak ten biedny Syzyf, nie możemy dojść do celu i nie możemy kamienia na górę wprowadzić. Całe szczęście, że tak wielu rzeczy nie da się opanować w pełni. Dzięki temu nasze życia – paradoksalnie – są pełne i wydaje mi się, że o to chodzi.
A może to we mnie tkwi problem, bo nie znalazłem czegoś, co mnie kompletnie pochłonie i już nie puści?
Temat zapewne można by rozwijać, ale czy wtedy byłby on jeszcze ciekawy? :>

Ratuję się chłonięciem sztuki. Oczywiście po łebkach. Ona raczej nie może się skończyć, a powstaje jej tyle, że mógłbym tonąć w powodzi filmów, muzyki, książek i innych blogów, nie zgłębiając ich wszystkich do końca życia. Wciąż więc mile łechtam swój umysł. Czytam dopracowane do perfekcji dzieła, dzieła pieszczone przez autorów. Dzieła, zawierające ogromny ładunek emocjonalny i kolejne przemyślenia, tak przecież fascynujące i odkrywcze. Tyle ciekawych osobowości jest na świecie.
Może ja poszukuję wzorca, idaełu, podświadomie szukam partnerki, aby spełnić swoje odległe marzenia o orgazmach intelektualnych, przeżywanych z „tą jedyną”. Czemu szukam często w tym, co martwe, odległe, tak niedostępne, a zarazem dostępne tak łatwo. Dla mas. Dlaczego czuję się wybrany, gdy zagłębiam się w dobrą książkę, wydaną przecież w tysiącach egzemplarzy?
Jak ja bym chciał to wszystko dzielić z jakąś nią, która to wszystko zrozumie i nie będzie przy tym udawała. Co ja tu kurwa robię?

Czy prowadzenie bloga może się, że ujmę to tak trywialnym słowem, „znudzić”?
Poczułem właśnie coś, co mówi mi, że nie. Można to uczucie małego spełnienia oddalić, próbować o nim zapomnieć, ale wracając do pisania, powoduję, że uczucie spełnienia powraca. Powraca jak miłość, w którą prawie się już nie wierzy, gdy nagle na horyzoncie pojawia się intrygująca kobieta i zmienia kompletnie moje pojmowanie. To moje małe spełnienie jest jednocześnie motorem, który napędza mnie w trywialności, a zarazem nożem, który sam wbijam sobie w plecy.

Wczoraj znowu zacząłem się uśmiechać, dzięki masturbacji intelektualnej.
To było, że się zacytuję: „puentą w ryj”, które tak lubię.


  • RSS